Top
Przekaż 1% podatku
Przekaż 1% podatku

Darowizny na rzecz Stowarzyszenia

Bank PEKAO S.A o/Kraków

28 1240 1431 1111 0000 1045 1072

Czytelnia

Schizofrenia - Życie czy bestia, którą chce się pokonać
Kreska strona
Małgorzata Misiewicz
Za oknem topole w wietrze i niebo lekko szare - przede mną żółta ściana malutkiego pokoju i temat - co się podziało kiedyś w moim życiu - co za szaleństwo i co to dla mnie teraz jest szaleństwo. No tak. w dalszym ciągu tajemnica.
Upłynęło 23 lata od czasu tego strasznego galopującego lęku, który coraz potężniejszą i potężniejszą falą przełamał wtedy granicę mojej wytrzymałości i przerodził się w psychozę, w olśnienie, w omniwiedzę i w cierpienie tak wielkie, że trzeba było je ofiarować za miliony, za cały świat. Wtedy byłam w tym sama, dziś wiem, że wielu bardzo to się zdarza. I to nie jest zagadka tylko mojego życia. Z wielką wściekłością (skierowaną przeciw tamtemu bólowi) chcę tą zagadkę rozwiązać? Odczarować? Oswoić? To się wiąże mocno z odczarowaniem, oswojeniem śmierci. Ponieważ psychoza to jest spotkanie ze śmiercią (dla mnie było). Kiedy się mówi "granica wytrzymałości" brzmi to niewinnie i nie dość mocno. A to musi być powiedziane ostatecznie i mocno. Bo ta granica jest granicą życia i śmierci. Prawdziwej. Wydaje się, że do śmierci najłatwiej prowadzi miłość. ("Bo jedno skrzydło wiersza to śmierć a drugie skrzydło - miłość"). Ale to nie są tylko słowa wzięte z wiersza. Takie są najprawdziwsze rzeczywistości. Taka była moja najprawdziwsza rzeczywistość. Nie wspominając na razie samych wydarzeń chcę powiedzieć, że miłość zwykle prowadzi na krzyż. Zwłaszcza jeżeli się ma w sobie chociaż szkic nauki Chrystusa.
Najprościej mówiąc - jeśli kocham to nie zabijam. I nawet kiedy trzeba walczyć - nie walczę. Jak mogę walczyć, kiedy rozumiem? (wszystko zrozumieć, wszystko wybaczyć). Przebaczam - bo rozumiem. Rozumiem - ponieważ kocham. i w takim razie to ja daję się zabijać. I to ja umieram, ażeby nie naruszyć Drugiego. To ja ustępuję pola Drugiemu, aby mógł być swobodnie. Pytanie, czy zawsze miłość stawia opozycję - Drugi albo ja. Zwykle (myślę), kiedy spotyka się złego Drugiego. Niedobrego drugiego. Mówi się, że nadopiekuńcze gniazdo w kontraście ze złym światem powoduje chorowanie. Moi Rodzice stworzyli takie nadopiekuńcze gniazdo. Miłość była w nim oczywistością. i nieograniczone dawanie. Dawać w sposób nieograniczony nauczyłam się w domu. Tak łatwo jak oddychać. Chcesz ? Ależ bardzo proszę. Ależ naturalnie. Pierwsza nieostrożność prowadząca do naruszenia własnych granic. Granice? Nie ma ich. Nigdy ich nie było. Wszystko jest bezgranicznie. Jakże potem bolesne jest dotknięcie swojej granicy. Naczynie osoby okazuje się puste, wyczerpanie okazuje się być śmiertelne. To co mówię wygląda być może jak przenośnia. Jednak opowiada pewne prawdziwe doświadczenia.
Miara. To także jest słowo klucz. Zachowanie miary. Jako przeciwieństwo szaleństwa. Porządek, równowaga, harmonia - to się traci w szaleństwie. Dlatego ono jest brzydkie. Duszą piękna jest przecież dystans. Dystans jest niemożliwy, kiedy się jest w oku cyklonu. Cyklon rozbija każdą całość. Z ocalałych części można jednak zbudować inną, lepszą całość. Zbudować całość w harmonii, to jest pewnie zadanie każdego życia. Pasjonujące zadanie wszystkich. Dobrze jest przed zachorowaniem mieć pojęcie o mierze, porządku, harmonii. Dobrze jest mieć do czego wracać. Te zdania powyżej - teoretyczne bardzo, opowiadają jednak moją wewnętrzną przygodę. Jest dobrze, kiedy to już można nazwać przygodą.
A nawet jest to wielkie szczęście. Ktoś, kto przebywał w głębokiej jaskini bez nadziei na ponowne zobaczenie światła, wiele, wiele bardziej to światło ceni od tego, który je w sobie ma na co dzień. Radość z odzyskania spokoju przewyższa radość jego niezagrożonego posiadania. Uspokojenie bólu, rozluźnienie napięcia, odejście lęku - te stany dają z niczym nieporównywalne szczęście. z pozycji (nieśmiało) takiego jeszcze mojego nieśmiałego szczęścia chcę oświetlić nadzieją drogę przebywających w mroku beznadziei. Rozumiem, że moim zadaniem jest przybliżenie tego, co się wielu nie przydarzyło i co innym wielu wydarzyło się w życiu. i co jest zagadką. I co jest tajemnicą, a często mówi się o tym - schizofrenia.
Być może trzeba tu opowiedzieć o wannie pełnej krwi? Jednym z pierwszych obrazów mojego jasnego już szaleństwa. Kiedy mówiłam poprzednio o granicy wytrzymałości i o wyczerpaniu śmiertelnym i o tym, że w jakiejś chwili naczynie osoby okazało się puste - mówiłam też o tym pierwszym znaku mojej psychozy.
Dzieci były maleńkie - niemowlaki w koszykach, samotność, samotność absolutna w obu ciążach i kiedy pewnego dnia z wielkim już bólem dotykając wody znalazłam się w wannie zobaczyłam, że całą powierzchnią mojej skóry uchodzi krew, uchodzi i uchodzi aż wanna zamiast pełna wody okazała się pełna krwi. To widziałam i tak czułam, choć aż tak nie było. Do dziś nie rozumiem jak taki obraz może się stać jawą. Dotykalną, prawdziwą jawą. Gdybym wtedy potrafiła rozmawiać z kimkolwiek inaczej niż wierszami, które dokumentowały moją śmierć - ale dla przyjaciół odwiedzających mnie wtedy były niezrozumiałym spektaklem (myśleli, że jak zwykle przedstawiam wiersze inaczej trochę - siedząc na stole w lotusie, w czarnym swetrze nad coraz to innymi płonącymi i gaszonymi przeze mnie z rozpaczą świeczkami). Gdybym potrafiła opowiedzieć ile się zła stało poprzednio, ale nie - tak więc musiało dojść do eksplozji. Poprzednio nikt mnie nie uczył ostrożności. Ćma w ogień - byle cieplej, byle jaśniej - oto figura mojego życia. Rozmowy istotne z każdym to jest Drugim. Drugi jako zawsze bliski - nigdy zagrażający nigdy niebezpieczny.
I w takim razie pochopny związek z uroczym niebezpiecznym chłopcem i pochopny związek z uroczym niebezpiecznym księdzem. Dwa zachwyty nie do pogodzenia. Dwa układy niszczące, nie dające oparcia, zresztą bez oczekiwania oparcia, bez żadnej umowy o zabezpieczeniach, bez mojego pojęcia, że potrzebne są zabezpieczenia. Było to tak jakbym nie umiała wyobrazić sobie, że potrzeba powiedzieć nie - dalej jest dla mnie groźnie, nie, to już mnie rani, nie, tu już cierpię, nie, tak jest źle dla mnie. źle dla mnie? Właśnie tego nie wiedziałam. Wszystko (razem z cierpieniem) wydawało mi się zawsze interesujące ogromnie i ciekawe. Pasjonujące wręcz. (Gdybym miała trochę więcej siły i dziś prawdę powiedziawszy wszystko mi się takie daje). Dlatego mówiąc o mojej drodze do psychozy nie mam jasności czy nie była to aby "normalna" ludzka droga, dowiadywanie się zwykłe kim jestem ja i czym jest naprawdę życie. Dowiadywanie się właśnie. Gromadzenie informacji, których w końcu przeogromna liczba przestaje być do ogarnięcia, do poukładania. Choć pamiętam moment, kiedy one się zgadzały wszystkie ze sobą, w jakiejś wielkiej jasnej całości, kiedy stanowiły olśniewające jedno, kosmicznie logiczne, nie do odparcia prawdziwe. Poprzednio nazwałam to omniwiedzą. Wiem, że nie tylko ja znam ten stan, kiedy płonący umysł wie wszystko. Tylko, ze właśnie płonący. Po czasie krótkim, kiedy się dokonuje coś w wierszach nazywam "całopaleniem" pozostają prawdziwe zgliszcza. Wtedy zwykle lekarze nieprzytomnemu jeszcze ze zdziwienia pacjentowi mówią - to była (jest?) choroba. i zaczyna się to najbardziej uciążliwe cierpienie. Rozpoznawanie rzeczywistości, odróżnianie jej od tych urojonych światów. do których się płonący umysł oddalił. I przerażenie co się to stało. I jak to było możliwe. I smutek wypalenia. i zmęczenie jak po wielkim, wielkim wysiłku. Pamiętam też, potwornie bolesną nieobecność wszelkiej energii. Jakby zużytej już poprzednio, więc brak, ogromny brak siły. Nawet tej do zrobienia herbaty, umycia się, pościelenia łóżka. Inne czynności przerastają wyobraźnię. Teraz myślę, że to zupełnie naturalne po tak wyczerpującym wysiłku. W psychozie bowiem dochodząc do granicy wytrzymałości dochodzi się też do jakiegoś (być może) szczytu możliwości ludzkich. Jak inaczej dałoby się znieść ukrzyżowanie? Wiem, że nie tylko ja przeżyłam ukrzyżowanie. Przeżyłam też przyjęcie na siebie wszystkich bólów świata. Odpowiedzialność za zbawienie szatana. Spotkanie z Bogiem i Sąd Ostateczny. Własną śmierć i otworzenie się piekła, które wybrałam, aby odkupić grzechy ukochanego. i to tak strasznie realnie wszystko. Nie jak we śnie, ale jak na jawie. Czy nie należy się po czymś podobnym wielki odpoczynek? Czasem myślę odpoczywa się w bezruchu całą resztę życia. i to usprawiedliwia bezruch. Usprawiedliwiony czy nie, zdaje mi się bezruch być straszliwym nieszczęściem. Niemoc, bezsilność brak jakiejkolwiek energii przy świadomości równoczesnej, że życie to ruch i radość i nadzieja. Przeżywanie tego (czyli depresja po-psychotyczna) ma coś wspólnego z doświadczeniem piekła. Dla lekarzy - depresja, dla chorego dzień po dniu sącząca się trucizna ogromnej niemożności, czyli życia po stronie Nie. Kiedyś miałam jasność, że świat (jak posiada dzień i noc) dzieli się na dwie strony - stronę Tak i stronę Nie (pewnie, że one jedynie w doświadczeniach granicznych występują w czystej postaci). Strona Tak (strona Jest) jest zgodnie z imieniem stroną boską. (Najpiękniejsze imię Boga - Jam Jest Którym Jest) I przecież ta ciemna strona, strona Nie wydaje się w takim razie diabelska. Doświadczenie graniczne - doświadczenie wszelkiego Nie jest doświadczeniem piekła. Przemożne nie-mogę (być), nie-potrafię, nie-mam siły i każde nie-w obrazie samego siebie, obrazie od świtu do nocy negatywnym. Być w nieustannym niepokoju bo jestem nieczysta, jestem winna i nie do uniewinnienia w niechęci sobie i światu, czy to nie jest metafizyczny obraz piekła. Do tego przecież brak nadziei, czyli to, co na bramach piekła jest wypisane według Dantego "Lasciate ogni speranza" porzućcie wszelką nadzieję. To łatwe hasło, ale żyć w tym? W ciemności z rzeczywistym brakiem nadziei? Nie umiem opisać ciężaru tego uczucia. Nie znam jednak niczego gorszego. Do tego udręczenie ciała przez fizyczny lęk napływający falami, które cały czas jakby chcą przerwać wszelkie tamy i strach, że się to przecież znowu może zdarzyć i nastąpi najstraszniejsze - psychoza. Prawie drżę to przypominając, mam jednak przekonanie, że nazwane zostaje pokonane. Po przednio wspominałam o wściekłości z jaką to robię. To znaczy nazywam, aby pokonać. Nazywam bo już mogę. i tu miejsce na słowo "łaska". Myślę, że to łaska boska "zrzuca z serca cień" nastaje słońce, napływa moc, pierzchają złe siły ze świata Nie. Wracają zmysły. Jest niezwykle prawdziwe powiedzenie "postradać zmysły". Pamiętam postradanie zmysłów.
Dotyk? Nieobecny. Moja skóra była martwa przez prawie rok. i jednego dnia, kiedy w kwietniu szłam ulicą po dzieci do przedszkola, poczułam dotyk wiatru. i niewyobrażalną radość dotyku wiatru na skórze, do której powrócił zmysł dotyku. Cóż, że oczy widzą? Jednak widzą nie to co jest dookoła. Uszy słyszą, ale także głosy inne niż one są realnie. To co, że słońce świeci mimo wszystko. Powiedziałam przed chwilą "nastaje słońce", chociaż ono nie nastaje tylko jest. Kiedy wracają zmysły wraca ta oczywista dla wszystkich nie-chorych możliwość doświadczania słońca. Poprzednio ono było obok, wszystko co dobre było obok - obok - to jest poza mną.
Szyba? Szklany klosz? Oddzielenie od świata Jest. Oddzielenie od życia. Czy ludzie, którzy są akurat w chorobie nie wyglądają tak właśnie jakby byli oddzieleni? Jakby poruszali się w jakimś innym powietrzu - tak niepewnie i z nieufnością się poruszają. Kiedy nie jest się oddzielonym (ten stan znam z doświadczenia szczęścia czy też zdrowia) wszystko jest jakby ze mną przezroczyste. Jest to uczucie przynależności do świata., połączenia, bliskości. Głębokiego oddychania dobrocią i pokojem.
To jest zmysł udziału. Jego brak oznacza przepadanie w sobie. "Czemu piekło to jest uwięziony w lodzie anioł samotnie dopuszczony do najgłębszej z głębi - do głębi siebie" - tak napisałam kiedyś w przekonaniu, że z głębi siebie nie potrafię się już wynurzyć. i zwykle to tak jest. z głębi siebie niepodobna się samemu wynurzyć. Bo tam nie ma nikogo. Są splątane wydarzenia i emocje pojedynczego życia nie do uwspólnienia. Bez możliwości znalezienia mianownika. Dlatego potrzebny jest Drugi, który znajdzie w świecie wiadomość. A jednak. Który powie, to nie tylko ty, tak, też tak czuję i następuje radosne Tak, które sprawia, że nie jesteśmy monadami bez okien.

Małgorzata Misiewicz

Pozostale aktualnosci
Mózgowe porażenie dziecięce   Rodzeństwo   Bliźniaki
dr med. Monika Gasińska
wiecej
 
Grażyna Banach-Kociołek
 
Joanna Ochał
pik
Kwartalnik „Światło i cienie” Pobierz program do rozliczania PITa

ChSON "Ognisko" | ul. Lubelska 21 | 30-003 Kraków
tel. +48 12 423 12 31 | faks: +48 12 422 96 38 | e-mail: biuro@ognisko.org.pl

Projekt i realizacja: Otwarte

e-mail Projekt i realizacja Otwarte